Dziś (a właściwie już wczoraj) objawiła mi się głupota ludzka w całej okazałości. Wiedziałam o tym (słyszałam przynajmniej), że można kochać kogoś chorą miłością, ale nie sądziłam, że kiedyś spotkam taki przypadek, a już nie sądziłam na pewno, że dotknie to bliskie mi osoby.
"Ona" zagorzały przeciwnik palenia papierosów, wyznała mi dziś nagle, że o mały włos zaczęłaby palić, bo "pociągało ją". "On" miłośnik dymka, kiedy "ona" mówiła, przybrał wyraz twarzy nieprzebranej dumy, bo "jego kochanie zrobiło to dla niego". Tak oto ten pseudosielankowy obrazek jawił się dziś moim oczom.
Wpadłam w prawdziwe przerażenie, bo oto siedzi naprzeciw mnie dwoje dorosłych (zdaje się...) ludzi i są z siebie niewymownie zadowoleni, jakby nie wiadomo co osiągnęli, jakby ich miłość przez ten czyn, uniosła się na szczyty.
To odkrycie, w gruncie rzeczy tragiczne, skłania mnie do refleksji, nad tym, jak różni ludzie rozumieją słowo "miłość". Czy jest ona motorem do głupich zachowań "dla mojego misia zrobię wszystko, byle będzie szczęśliwy i zadowolony"? Czy takie zachowania są może jakimś, niezrozumiałym dla mnie, etapem wzrastania i odkrywania tej prawdziwej miłości?
A ja myślałam, że "ona" jest mądrą dziewczyną...
...cóż, ludzkość mnie coraz bardziej rozczarowuje :(