Monday, May 28, 2007

do you know...?


czy to co dzieje się w życiu człowieka (złego, smutnego, nieszczącego) to tak zwany dopust Boży, czy tylko konsekwencje naszych czynów? a jeśli nie odnajdujemy w sobie niczego, co mogłoby stanowić tę konsekwencję? może to skutek zła przeszłych pokoleń? często ja i myślę, że wiele osób, rozmyśla nad tym czy to co dzieje się z nami jest wolą Bożą, czy tzw. dopustem
całkiem niedawno przeczytałam słowa pewnego teologa, że złe rzeczy nie dzieją się za dopustem Bożym, tylko są konsekwencją naszego postępowania a więc czy właściwe jest pytanie "dlaczego Bóg dopuszcza zło?"
zadałam to pytanie i wczoraj, kiedy klęczałam przed ołtarzem i zastanawiałam się jak to się stało, że Małgosia zemdlała na mszy i jak bywa zwykle w takich sytuacjach, człowiek stawia sobie wiele prostych, może banalnych, może nawet niedorzecznych pytań, szukając przyczyn, wyjaśnienia i pocieszenia:
dlaczego na mszy, czy to coś znaczy?
dlaczego Małgosia?

czy jest chora?

jak bardzo?
dlaczego?
za co?

za karę czy w imieniu ofiary?
a może w konsekwencji złego życia?

złego jej, czy złego kogoś innego?

po co ludzie cierpią?
jakie to ma znaczenie i komu pomoże?

dlaczego Bóg tak chce?

a może nie chce?

więc po co?
dlaczego w ogóle ludzie chorują?

czy to ma sens?
czy sens mają te wszystkie pytania?

dlaczego normalnie znam odpowiedzi na wszystkie, a teraz je w taki głupi sposób zadaję?...
nasunęła mi się taka myśl wczoraj, kiedy pochłaniały mnie te wszystkie pytania,
że
Bóg jest Panem i Władcą wszystkiego, cokolwiek się z nami dzieje, jakkolwiek chcielibyśmy dysponować swoim życiem, ciałem, On ma nad nimi władzę,
uświadomienie sobie tej całkowitej zależności wobec Stwórcy, pozbyło we mnie sensu stawiania sobie tych wszystkich pytań,
postawiło mnie w postawie całkowitego oddania i zaufania mojemu Bogu,
uświadomiło, że Boża myśl nigdy nie będzie dla mnie zrozumiała, bo "Moje drogi nie są drogami waszymi"

kruchość i małość człowieczeństwa wymaga całkowitego oddania się pod władzę Boga

ta myśl jest bardzo pokrzepiająca daje pewność, że jesteśmy w rękach Kogoś, w Kim nie ma słabości, Kogoś, kto wszystko ogarnia to poczucie małości wobec Boga daje przekonanie, że nie koniecznie muszę szukać odpowiedzi i wyjaśnień i daje poczucie bezpieczeństwa, że jakkolwiek mi źle i jakkolwiek starałabym się mieć wpływ na to, co będzie - jestem w stanie tylko oddać się całkowitej ufności w Boże działanie, w to że cokolwiek zrobi Bóg, będzie najlepsze
wczoraj było Zesłanie Ducha Świętego
myślę, że Duch Św. działa zawsze na tę osobę, która prosi i na tę dla której prosi
i ta odpowiedź, którą otrzymałam, jest wezwaniem do większego poszukiwania Boga i Jego Królestwa
"Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane." Mt 6,33

i posłuchałam dziś tej piosenki "do you know" i po tej sobocie, kiedy o niej rozmawiałam z Małgosią, jakoś trudna jest ona dla mnie i od tej chwili w tych przykrych okolicznościach, zawsze z Małgosią będzie mi się kojarzyć.
..

Wednesday, May 23, 2007

bądź sobą

"Gdybym był jak Edyta Górniak, fałszowałbym hymn mieliby mnie za durnia,
nosiłbym też obciachowe kiecki, śmiałby się ze mnie nawet Marek Niedźwiecki"
"A gdybym był jak Marek Konrad, zmusiliby mnie w banku śląskim do konta"


przeglądam sobie blogi innych osób i popadam w pewnego rodzaju zniechęcenie
bo niby co ja mogę powiedzieć światu? czy to co piszę ma jakąś wartość, sens, a czy ja aby nie jestem za stara na blog?
kiedyś marzyło mi się napisanie książki, napisałam nawet jedną (leży gdzieś w szafie, raz wyjęłam i się nieźle uśmiałam) i kilkanaście opowiadań i innych bzdur, wydawało mi się nawet, że potrafię coś ciekawego napisać, ale nie czarujmy się - o ile kiedykolwiek miałam umiejętność sklecenia kilku zdań, obowiązki, praca, rodzina, brak rozwijania zmysłu artystycznego, spowodowały, że po pisarskim zapale nie pozostało ani śladu
tak więc czytam te wszystkie blogi dowcipne, ciekawe, ukazujące świat różnych form, ludzi i zdarzeń i zastanawiam się czy warto pisać
a może nie warto nawet rozmyślać nad tym i pr
óbować porównywać się do innych, stwarzać na nowo styl, tylko poszukać gdzieś na nowo własnego...

przypomina mi się pewne zdarzenie
rozmawiałam przez telefon z Justynką, dziewczyną mojego brata
a że była sobota, a jak w sobotę bywa, trzeba nadrobić porządki z całego tygodnia, biegałam dziwnym pędem z kuchni do pokoju próbując skupić się na jakiejś czynności i na rozmowie jednocześnie
przyglądał się mi mój brat i w pewnej chwili powiedział: "nie musisz tak biegać żeby ona cię słyszała" - rozśmieszyło mnie to, bo uświadomiłam sobie, że biegam bez celu, szukając gdzieś w myślach, co chciałam robić
powtórzyłam Justynce, co powiedział Robert, a ona na to "no, wiesz mnie to nie przeszkadza, z resztą to bieganie to u ciebie standard" - rzeczywiście mam skłonności do nabijania kilometrów po mieszkaniu, ale nie sądziłam, że ktokolwiek może uznać to za jakieś tam moje normalne zachowanie
"w takim razie muszę się zmienić" - odparłam Justynce
na to rzekł Robert "nie, nie zmieniaj się, bądź sobą" i zaśpiewał
"
nie Rysiem Ochudzkim, nie Kubą Wojewódzkim i nie Majdanem, i nie Dodą.
Bądź sobą! I tylko sobą."

może faktycznie coś w tym jest i nie warto tworzyć czegoś na wzór kogoś innego
może mam prawo zanudzać ludzi tym blogiem, mimo, że nie przedstawia większej wartości...
ostatecznie to przecież w tytule zaznaczyłam, że to mój niepoukładany blog... ;)

fragmenty piosenki: "Bądź sobą" Grupa Operacyjna

Monday, May 21, 2007

live is music

od dawna Wiesiek nie pracował na nocną zmianę, a cały taki tydzień przede mną
odzwyczaiłam się...
dziś mój wieczór owładnęła muzyka

od kilku dni odkrywam w sobie fascynację nowym rodzajem muzyki, ale tylko fragmentami, więc dziś przyszedł czas na pochłonięcie całości
muzyka, od której zaczęłam jest bardzo energetyczna, wprawia w ruch wszelkie skrawki ciała, powoduje że coś gotuje się w środku i ma się ochotę popaść w jakieś szaleństwo i pociągnąć za nim innych, jak na tych reklamach coca-coli, gdzie całe miasto tańczy (ciekawe co powiedzieliby ci, którzy wiedzą, że ja nie lubię tańczyć i mam do tańca pogardliwy stosunek :P)
potem przeszłam na bardziej klasyczne rytmy i stwierdziłam, że wciąż mnie jeszcze zachwyca stary dobry rock oraz enigmatycznie brzmiące piosenkarki
wreszcie powróciłam do moich nowych szaleńczych podrygów i wśród tego niecodziennego wybuchu energii, odnalazłam spokojną piosenkę - taką na dobranoc - uciszającą wszystkie krzyki poprzednich, uciszającą wszystkie myśli, zmuszającą do poszukiwań i uświadamiań sobie to co tak oczywiste, że aż zapomniane
dzisiejszy wieczór to prawdziwa muzyczna podróż
i choć zazwyczaj takich podróży nie czynię, dziś przebyłam długą drogę
i na końcu tej drogi
mogę powiedzieć, ze
życie jest muzyką...

Thursday, May 17, 2007

dzień bez...


Dzień bez...
bez koncepcji co robić dalej

bez spraw rozpoczętych i spraw zakończonych

bez prądu w telefonie

bez udanej rozmowy z panią w ZUSie

bez porządku w pokoju

bez oprogramowania do telefonu

bez silnej woli

bez chęci na modlitwę

bez mobilizacji do realizacji celów

bez czasu na zaległą lekturę

bez przesyłki, na którą czekam

bez maila z wyjaśnieniami

bez obiadu

bez czasu

bez sensu...

wszystko jest dziś bez

idę wypić kawę, może się odmieni...


Friday, May 11, 2007

Łagiewniki



Byliśmy wczoraj w Krakowie - Łagiewnikach w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Cieszyłam się na tę pielgrzymkę, bo chciałam dotrzeć do tego miejsca, a ponadto nasza rodzina już dawno wybrała św. Faustynę na swoją patronkę.
Miejsce zadziwiło mnie spokojem, małą ilością ludzi i taką ciszą wokół.

Kościół stoi pośród łąk, a w oddali widać tylko zabudowy Krakowa. Wnętrze kościoła wydaje się dużo mniejsze niż można było sądzić po transmisjach telewizyjnych, ale najpiękniejsza była Kaplica Wieczystej Adoracji - piękne światło padało na Jezusa Eucharystycznego i czuło się tam w sposób wyjątkowy sacrum.


Spędziliśmy też trochę czasu w Krakowie na Rynku, ale jakoś tam już ulotnił się ten duch pielgrzymki. Kawa na Rynku strasznie droga, ale za to dużo fajnych ciuchów - tak zauważyłam po wystawach (żeby ktoś nie myślał, że ganialiśmy po sklepach) :P


tu moja rodzina - Wiesiek obok Emilka w zielonej kurtce, Dawid i Arek z kapturem na głowie :)


Wednesday, May 09, 2007

ja deszczowym dniem...

przeczytałam dziś na forum, że ktoś chce od kogoś odejść, bo już nie jest jak dawniej...
tak sobie myślę, czy zawsze może być jak dawniej? czy u mnie po 10 latach małżeństwa może być jak dawniej?
wczoraj okrutnie pokłóciłam się z Wieśkiem, burza była krótka, ale gwałtowna - można rzec nawet przerażająca, oczywiście później nastąpiła cisza i wzajemne przebaczenie, ale jak to każda burza, zawsze pozostawi jakiś ślad...
zmęczona też jestem - psychicznie chyba bardziej, przed Komunią Arka walczyłam kilka dni z PITami, a końcówka była ciężka w tym roku, a potem intensywnie przygotowywaliśmy wszystko do uroczystości
nawet nie zdawałam sobie sprawy, że jestem w stanie wytrzymać kilka (z 9 chyba) ciężkich godzin w kuchni i przyrządzać najprzeróżniejsze potrawy - prawdziwa atrakcja dla miłośników gotowania (to tak dla Jacka ;))

szkoda tylko, że ta lodówka taka mała się nagle okazała

nareszcie pada...
deszcz jest najlepszą pogodą
deszcz niczego nie wymaga
deszcz nikogo nie krytykuje
deszcz wreszcie przynosi spokój...