Tuesday, April 21, 2009

Leżenie w niedzielę i inne ciekawostki

Niedawno w mojej rodzinie był pogrzeb. Zmarł wuj stary i schorowany. Zmarł w Wielką Sobotę w nocy. "Wspaniale, zmarł w noc Zmartwychwstania" - pomyślałam, ale jak się później okazało, co dla jednych jest błogosławieństwem, dla innych przekleństwem. 

Pogrzeb odbył się w czwartek rano, kiedy z pogrzebu wróciła najbliższa rodzina wuja, znalazła w mieszkaniu jego zmarłą siostrę. Od razu, co z resztą przewidziałam, dowiedziałam się, że wuj zabrał ją do siebie bo leżał w niedzielę

Wiara mojej rodziny w leżenie w niedzielę nie dziwi mnie, mogliby z zapałem opowiedzieć kilanaście historii jak to ten i tamten leżał i zabrał ze sobą tego i tamtego.

Kiedy jechaliśmy modlić się do kaplicy za duszę zmarłej, tłumaczyłam całą drogę mojej babci, że wiara w takie brednie jest zbabobonem i to Bóg jedynie decyduje o ludzkim życiu i śmierci. "Ale coś w tym jest" skwitowała babcia i wiedziałam że dalsza dyskusja jest zbyteczna. 

Ale absurd miał się dopiero objawić. 

Rodzina szybko załatwiła wszelkie formalności i pogrzeb ustalono na sobotę. Skąd ten pośpiech, nie trudno się domyślić - nie może leżeć w niedzielę, bo znów kogoś z rodziny zabierze, a przecież nie można do tego dopuścić, jeśli jest sposób żeby temu zapobiec, trzeba go wykorzystać, dość już tych pogrzebów, przecież...

Jednej rzeczy w tym wszystkim nie mogę zrozumieć i chyba nigdy mi się to nie uda, jak katolik, człowiek który jedzie modlić się za zmarłych do kaplicy pogrzebowej, człowiek który jak najbardziej chce katolickiego pogrzebu z mszą w kościele, potrafi połączyć to z wiarą w zabobony. Jak można wyznawać wiarę w Boga, wierzyć i świętować Zmartwychwstanie i jednocześnie oddawać się bałwochwalstwu!

Uwaga poboczna: Wnukiem zmarłego i bratankiem zmarłej, zarazem moim kuzynem, jest ksiądz franciszkanin, odprawiał obie msze w intencji tych dwóch dusz, które już połączyły się z Panem, czy on nie mógł zapobiec temu cyrkowi... albo wytłumaczyć jakoś... nie piszę tego z pretensją, żal tylko... 

Wednesday, April 08, 2009

Masakra piłą kątową

czyli jest wiosennie

Postanowiłam, że w tym roku zupełnie poświęcę się świętowaniu Triduum Paschalnego. W piątek umyłam okna, w sobotę doprowadziłam mieszkanie do czystości. W poniedziałek delektowałam się czystym mieszkaniem i planowałam zakupy na środę. Pięknie, bez nerwów, wszystko na czas, nic mnie nie goni, niczego nie muszę robić po nocach w stresie, że nie zdążę przed Wielką Sobotą. 

We wtorek oddałam się lekturze Pisma Św. - opracowałam sobie własny system czytania rocznego, bardzo prosty, ale jak na moje predyspozycje bardzo wygodny. Nie mogło być lepiej. Ale przecież, jeśli człowiek stwierdza, że nie może być lepiej, musi się popsuć. We wtorek zadzwoniła pani z meblowego, że wcześniej (bo już jutro, a nie jak było umówione po świętach) przyjdą zamontować mi szafę. Trochę się zirytowałam, bo musiałam odłożyć plany z zakupami, ale nic to. Oczywiście przedpokój jest nie dokończony, a jeśli szafa ma być zamontowana, to nie można i przedpokoju zostawić na "po świętach". Zawołałam brata i ten się zabrał za kończenie prac. Rozpoczął od rozniesienia po mieszkaniu wiórów po cięciu paneli. Przeżyję, pomyślałam, podłogę można umyć, dywan odkurzyć a meble wytrzeć. 

O wiele ciekawszą rozrywką było przycinanie paneli już położonych, piłą kątową, która tnąc paliła panele, dym roznosił się po całym mieszkaniu a ściany wyglądały jak po pożarze. 

W wyniku tego moja praca - mycie okien i sprzątanie, mogę włożyć między bajki, a że już jutro Wielki Czwartek, świętowanie Triduum również. 

Wszystko to jeszcze nie jest takie najgorsze, tylko sądząc po wyglądzie mojego nowo urządzonego przedpokoju, śmiem twierdzić, że prace do świąt nie mają szans być zakończone, nic to jednak zawsze można zamknąć drzwi albo iść na spacer.