Tuesday, April 20, 2010

jest pod górkę, ale jest dobrze

Budowanie czegokolwiek z osobami, które mają odmienne charaktery, poglądy i gusta, na pewno nie jest rzeczą łatwą. Dodatkową trudność stanowi to, że każda z tych osób ma swoje mocne zdanie i nie waha się go wyrażać, a także o nie walczyć. 

W takim gronie pracujemy nad nową stroną parafialną. Pierwsze spotkanie odbyło się w lutym i od razu było wiadomo, że raczej będzie bardziej pod górkę. 

Po dwóch miesiącach prac zdążyliśmy wreszcie pewne rzeczy ustalić i pewne rzeczy uporządkować. Zdążyliśmy również dość nadszarpnąć sobie nawzajem nerwy a także przekonać się o kilku wadach, które każdy z nas posiada. Niemniej jednak stała się rzecz inna o wiele istotniejsza, która pewnie pozstanie kiedy emocje opadną i wszyscy będą powoli zapominać, jakiego trudu dostarczyła nam nieszczęsna witryna. 

Zawiązaliśmy pomiędzy sobą pewną nić porozumienia. Przede wszystkim przekonaliśmy się, że potrzeba nam się wzajemnie za siebie modlić. Przekonaliśmy się również, że można ze sobą szczerze rozmawiać, odkrywając przed drugą osobą swoje odczucia, przyznając się do słabości, dostrzegając ułomności. Przekonaliśmy się, że pomimo wad, starć i rozdrażnienia, jesteśmy w stanie zrozumieć się nawzajem, przeprosić, popatrzeć na siebie z wyrozumiałością, a także pocieszyć się wzajemnie i dodać ducha walki. Przekonaliśmy się, że jesteśmy dla siebie ważni...

Nic co wartościowe nie przychodzi łatwo, dobre rzeczy nie rodzą się od wzajemnego poklepywania po plecach i tworzenia kółka wzajemnej adoracji, dlatego dziękuję dziś za te wszystkie chwile poddenerwowania i wściekłości, nieprzespane noce, godziny spotkań i dyskusji, za wszystkie przeglądnięte szablony, których było tyle, że mi się w głowie kręciło, za to że chwilami nie potrafiliśmy na siebie patrzeć, ale rozstawaliśmy się zawsze w pokoju i witaliśmy się z uśmiechem, za wszystkie te sytuacje i cały ten czas.

Jeszcze wiele pracy przed nami i pewnie jeszcze nie jedna nerwowa atmosfera, nie jedno zderzenie różnic, ale dziś jesteśmy jakby u początku nowego etapu, umacniania prawdziwej wspólnoty, w której Chrystus jest żywy i obecny.

Sunday, March 28, 2010

Rzym

Ostatnio jak zwykle wiele się działo. Nie ma nawet czasu tego wszystkiego spisywać. Powinnam się chyba przyzwyczajać powoli, że człowiek oddany służbie Bogu, co chwilę ma do zrobienia coś nowego i na refleksję nad tym, co było może poświęcić tylko chwilkę, skrawek czasu. 

W lutym byliśmy na rekolekcjach 5 - dniowych, te rekolekcje, kolejny element formacji, były jakby wstępem do naszego wylotu do Rzymu. Tam Bóg mnie ukształtował i jakby wyposażył duchowo, a także zdobyłam trochę wiedzy i uświadomiłam sobie pewne sprawy, o których do tej pory nie myślałam.

18 marca polecieliśmy do Rzymu. Podróż linią Wizzair była niesamowita. Trochę miałam obawy, co do lotu, no i co do własnych reakcji, a nuż nami zatrzęsie czy cokolwiek i wpadnę w panikę...

Nic takiego się nie wydarzyło, choć tamtą stronę spędziłam w lekkim napięcu, było spokojnie. W drodze powrotnej było już zupełnie dobrze, nawet nie wzruszyły mnie szczególnie turbulencje. Z resztą czas nam szybko minął, bo zajęliśmy się rozmową z przmiłą siostrą kamilianką. 

W Rzymie tempo było zawrotne i choć właściwe spotkania rekolekcyjne trwały od 18 - 21, to resztę dnia wypełniały nam inne zajęcia, które w równym stopniu pochłaniały naszą energię. Dużo chodziliśmy pieszo  i to nie spacerkiem. Mimo, iż wieczorami padałam na twarz, każdy dzień przynosił coś nowego, ciekawego, pięknego. Staraliśmy się poświęcać jak najwięcej czasu ludziom, do których pojechaliśmy. Ogarniać ich modlitwą, zwłaszcza tych, którzy borykają się z trudnymi i bolesnymi problemami, a także poświęcać czas na rozmowę i budowanie wspólnoty, co jest na pewno potrzebne, patrząc na frekwencję w kościele i na spotkaniu w salkach. 

Ludzie byli wdzięczni za te rekolekcje i ten czas, który mogli z nami spędzić. Wyrażali to na różny sposób: chcieli się z nami wymieniać danymi kontaktowymi, obiecywali kartki na święta, obdarowywali nas drobnymi upominkami i obiecywali modlitwę. 



Mam nadzieję, że powstanie w tym kościele wspólnota oazowa i że my będziemy mogli jeszcze kiedyś tam polecieć, zobaczyć tych wszystkich ludzi i te miejsca. 


Monday, February 08, 2010

miłość na zabój

Dziś (a właściwie już wczoraj) objawiła mi się głupota ludzka w całej okazałości. Wiedziałam o tym (słyszałam przynajmniej), że można kochać kogoś chorą miłością, ale nie sądziłam, że kiedyś spotkam taki przypadek, a już nie sądziłam na pewno, że dotknie to bliskie mi osoby. 

"Ona" zagorzały przeciwnik palenia papierosów, wyznała mi dziś nagle, że o mały włos zaczęłaby palić, bo "pociągało ją". "On" miłośnik dymka, kiedy "ona" mówiła, przybrał wyraz twarzy nieprzebranej dumy, bo "jego kochanie zrobiło to dla niego". Tak oto ten pseudosielankowy obrazek jawił się dziś moim oczom.

Wpadłam w prawdziwe przerażenie, bo oto siedzi naprzeciw mnie dwoje dorosłych (zdaje się...) ludzi i są z siebie niewymownie zadowoleni, jakby nie wiadomo co osiągnęli, jakby ich miłość przez ten czyn, uniosła się na szczyty. 

To odkrycie, w gruncie rzeczy tragiczne, skłania mnie do refleksji, nad tym, jak różni ludzie rozumieją słowo "miłość". Czy jest ona motorem do głupich zachowań "dla mojego misia zrobię wszystko, byle będzie szczęśliwy i zadowolony"? Czy takie zachowania są może jakimś, niezrozumiałym dla mnie, etapem wzrastania i odkrywania tej prawdziwej miłości? 

A ja myślałam, że "ona" jest mądrą dziewczyną...

...cóż, ludzkość mnie coraz bardziej rozczarowuje :( 

Sunday, January 03, 2010

dawno, dawno temu...

Dawno temu, kiedy przeżywałam burzliwą i ekscentryczną młodość, miałam koleżankę, która swoją młodość przeżywała jeszcze burzliwiej i jeszcze ekscentryczniej. Stanowiłyśmy duet przyprawiający innych o palpitacje. Dawne to były czasy, równie przykre jak i fascynujące. 

Dziś odezwała się do mnie, tak po prostu po latach, napisała. "Nie miałam kontaktu z Tobą kupę lat i szczerze powiedziawszy to nie wiem co z Ciebie wyrosło" Szczerze powiedziawszy, to sama nie wiem co z niej wyrosło. 

W rozmowie przypomniała mi moje zamiłowanie do wszelakiego rodzaju pisarstwa i zapytała czy obecnie coś piszę. Pytanie to wydało mi się, jakby pytaniem nie o moją osobę, ja piszę? pisałam? kiedy to było? i tak dawno, że już nikt nie pamięta. Co dziwniejsze "przecież ty tak pięknie pisałaś" stwierdziła.  Kpi ze mnie czy co, pomyślałam. Tak pięknie pisałam, że wszystkie moje "dzieła" znalazły swoje miejsce w piecu, zatem nie mogę ich ocenić po latach. Skoro jednak piec je przyjął jednym haustem, prawdopodobnie nie były takie piękne.

Mimo wszystko przypomniała mi stare dobre czasy, kiedy wychodziły spod naszych piór różnej maści wierszydła, sztuki teatralne, romanse, powieści, kabaretowe przedstawienia i co tam jeszcze nasze głowy zdołały ogarnąć, a potem siedziałyśmy, czytając sobie wzajemnie i śmiałyśmy się albo płakałyśmy nad naszą melodramatyczną sytuacją w jakiej nieustannie się znajdowałyśmy :P


Thursday, December 31, 2009

Na koniec roku


Nic cię tak nie zdołuje, jak twój własny proboszcz...

...i jego przemówienie na koniec roku.

Co było w nim nie tak? Na pozór nic, a jednak pozostawiło po sobie jakiś wyrzut. Wyrzut własnego sumienia, że przecież dało się więcej zrobić. Wystarczyło tylko trochę więcej konsekwencji, trochę mniej lenistwa, więcej determinacji. Można było zrobić więcej, ale nie zrobiłam i co mi pozostaje na koniec roku? Dyskomfort po przemówieniu proboszcza, wyrzuty sumienia... pozostaje pytanie "co dalej?" "od czego znów zacząć?" 

Nie lubię postanowień noworocznych, bo one nigdy nie wychodzą, ale mimo to nowy rok zawsze jest okazją żeby dać z siebie więcej, dać drugiemu człowiekowi, oddać cząstkę siebie, oddać trochę miłości, poświęcić się nieco... tego sobie życzę. Zdrowie! :P (kompotem z truskawek)

Monday, November 30, 2009

Podwójna osobowość?

Czy posiadanie podwójnej osobowości to kwestia, która dotyczy każdego?

Dlaczego potrafimy swobodnie porozumiewać się za pomocą maili, sms-ów, kartek, a kiedy przychodzi nam stanąć twarzą w twarz, zachowujemy się jakby ci z maili, sms-ów i kartek byli zupełnie kimś innym, jakbyśmy nie mieli z nimi nic wspólnego?

Którzy są zatem autentyczni?

Wczoraj wczesnym rankiem dostałam sms-a od ks.G z życzeniami dobrego przeżycia adwentu.

Ten przejaw pamięci i troski ze strony mojego duszpasterza, wzruszył mnie. 

Dziś rano zadzwoniłam do niego w zupełnie innej sprawie, a ponieważ nie odebrał, napisałam sms-a. Otrzymałam odpowiedź miłą i dowcipną. W chwilę później, dosłownie za pół minuty, spotkaliśmy się i wymieniliśmy 2 oschłe słowa, które wzbudziły we mnie niesmak. Ten, którego spotkałam to nie ten sam, którego wiadomość przed chwilą widniała na ekraniku mojej komórki.

Co się stało w przeciągu pół minuty? Zepsuł mu się humor, jak schodził po schodach?

A może ze mną jest tak samo? Może ja też w kontakcie bezpośrednim, staję się kimś innym?

Takich sytuacji jest tysiące, uczestniczę w nich codziennie, a ich bohaterami są różne osoby. 

Może po każdym takim spotkaniu, które wywołuje pewnego rodzaju dyskomfort i ja i mój rozmówca zastanawiamy się dokładnie nad tym samym: "Co się stało z człowiekiem z sms-a?"

Czy to jakieś bliżej nieokreślone normy społeczne, stres, strach przed zbytnim spoufalaniem, nieumiejętność prowadzenia rozmowy, czy cokolwiek innego, sprawia w człowieku tę przykrą przemianę?

Zastanawiam się nie raz, czy człowiek nie czułby się o wiele szczęśliwszy, swobodniejszy, mniej zestresowany, gdyby potrafił wyzwolić się chociaż z części tych niezrozumiałych konwenansów. Może odrzucenie pozy jest tak bardzo trudne, że aż niewykonalne, a może jest zupełnie odwrotnie... może to na co pozwalamy sobie w świecie wirtualnym, jest przekroczeniem granicy, na które w bezpośrednim kontakcie pozwolić sobie nie wolno. A później dla rekompensaty nadmiernej wylewności, stajemy się nadmiernie oschli.

Może właśnie dziś, ponad wszystko, trzeba trzymać styl i formę? ;)

Thursday, July 23, 2009

sny

nad specyfiką snów zastanawiał się już niejeden, czy są one odbiciem rzeczywistości?, odreagowaniem wydarzeń dnia?, rozładowaniem przemęczonej psychiki?, ujściem pragnień?, dojściem do głosu niezrealizowanych zamierzeń?, krzykiem nieosiągalnych marzeń?... a może wszystkim po kolei? 

śnią mi się ostatnio dziwne rzeczy: a to ciotka została uduszona, to znów szwagier wyskoczył z okna, innym razem nie zdążyłam na końcowy egzamin w szkole, dziś Wiesiek łaził po bagnach i uciekał przed wariatem

ale przecież,mimo tragizmu, sny nie były ani tragiczne, ani przerażające, to nie te z których człowiek budzi się spocony

każdy sen ma swoje drugie dno, wątek ukryty (dla niewtajemniczonych), ale ważniejszy niż cała fabuła, wątek który nadaje mu charakter

i moje mają, można powiedzieć nawet ten sam mają, a jeśli nie ten sam do końca, to o tej samej tematyce

tematyka mnie nie dziwi, choć dziwne jest, że wciąż ona się u mnie powtarza skoro dotyczy dawnych dziejów i osób z którymi nie mam absolutnie nic do czynienia 

dziwi mnie fabuła, barwna,szybka i zmieniająca się akcja i osoby biorące w niej udział - skąd się biorą morderstwa i samobójstwa, skąd mosty i wieżowce, windy i parki, bagna i lasy, kościoły i festyny, fabryki i szkoły, autostrady i peryferia jakichś dziwnych miast

skąd to się wszystko bierze?

Thursday, May 21, 2009

nowa znajomość ;)

Poznałam dziś bardzo miłego psa, właścicielkę znałam już wcześniej. Pies kulturalny i dobrze wychowany. Przywitał się na początek i choć, jak to pies, obszczekał mnie przy tym, to z wielkim wdziękiem się obok przechadzał licząc, że odwzajemnie jego dobre zachowanie odrobiną pieszczot. 

I choć w zasadzie, nie jestem wielkim miłośnikiem zwierząt, a jedyną moją chodowlę stanowiły 3 chomiki, z których dwa zdechły po tygodniu, a trzeci jakimś cudem się trzyma (a były jeszcze rybki, które też wykończyłam), pies bardzo mi się spodobał. 

I nikt nie zaprzeczy, że coś w tym jest - jaki właściciel, taki pies. 

(czy nie czujesz, że rymujesz :P)

Thursday, May 14, 2009

2 tygodnie z życia rodziny dziecka komunijnego


Jeszcze nigdy tak bardzo nie byłam zmęczona przygotowaniami do uroczystości komunijnej, a to już trzecia, którą przygotowywaliśmy - starzeję się czy cóś...

Był to jednak czas intensywnych przygotowań nie tylko tych zewnętrznych, ale przede wszystkim duchowych. Z całą pewnością się starzeję, a może to specjalne działanie Ducha św. w tej parafii to sprawiło, że wszystko jakoś bardziej przeżywałam, niż do tej pory. 

Niezliczone próby w kościele i na lekcjach religii, choć mnie na przemian nudziły i denerwowały, miały jednak w sobie jakiś niepowtarzalny urok, jakiś wyraz przynależności do wspólnoty parafialnej, jakąś nastrajającą moc. 

Potem spowiedź... i czy to przypadek, że od czasu, kiedy w 2006 roku pozbyłam się najlepszego spowiednika, jakiego miałam, oto przed I Komunią Emilki, pojawia się ksiądz, którego słowa znów do mnie trafiają tak bardzo jak nigdy, które wyprzedzają moje zapędy i zachowania, które interpetują błąd mojego myślenia i działania. 

Dziwiłam się zawsze ludziom mającym wstręt do spowiedzi i strach przed nią. Mnie zawsze zadziwia to niesamowite działanie Ducha św., kiedy to modląc się do Niego o dobrą spowiedź oraz za samego spowiednika, chwilę później z jego ust padają słowa, które są dokładną interpretacją tego co siedzi gdzieś we mnie i jest źródłem grzechu, a także przedstawia te czynniki mojego zachowania, które się jeszcze do tej pory nie objawiły, więc spowiednik wybiega daleko w przyszłość, kierując moje myśli i pracę nad sobą w te rejony, w których ja sama nie dostrzegam błędu. To niesamowite działanie Ducha św. zawsze mnie zadziwia i zachwyca.

Jeśli ktoś twierdzi, że spowiedź jest wyszeptaniem księdzu grzechów, przykrym obowiązkiem, męczarnią, którą trzeba jak najszybciej zbyć, prawdopodobnie nie doświadczył tego cudownego działania Ducha, który kieruje słowami spowiednika ponad jego wiedzę o penitencie, a nawet ponad wiedzę penitenta o nim samym. Ta tajemnica Bożego działania wybiega daleko poza ludzkie możliwości odkrycia i odbywa się poza świadomością spowiednika i penitenta  co i kiedy i w jaki sposób odmienia duszę. 

Mogłabym pewnie dłużej o tym pisać.

Dzień I Komunii był wyjątkowy. Na to, że przeżywałam go bardziej niż poprzednie, niewątpliwie ma wpływ fakt, że bardziej niż z poprzednią, związana jestem z tą parafią. Podczas mszy, czytałam I czytanie. Zawsze, kiedy przygotowuję się do czytań, rozmyślam nad pasterką z bazyliki św. Piotra, podczas której lektorzy czytając, swoim spokojnym i dostojnym głosem, stwarzają niepowtarzalny nastrój, wprowadzający do wnikania w Słowo Boże. To czytanie z pasterki papieskiej, zawsze mobilizuje mnie do jeszcze lepszego przygotowania i wystąpienia - jeśli można to tak nazwać. Pewnie codzienne czytanie w kościele nie daje możliwości takiego przeczytania, ale ta uroczystość, była do tego odpowiednia. Starałam się najlepiej jak mogłam, efekt zobaczę na płycie i ocenię, czy pochwały były przesadzone ;)

Biały tydzień, w którym obecnie uczestniczymy pozwala pozostać w tym uroczystym nastroju, ale jest też takim czasem wyciszenia i odpoczynku po tej morderczej gonitwie w tygodniu poprzedzającym. 

Tuesday, April 21, 2009

Leżenie w niedzielę i inne ciekawostki

Niedawno w mojej rodzinie był pogrzeb. Zmarł wuj stary i schorowany. Zmarł w Wielką Sobotę w nocy. "Wspaniale, zmarł w noc Zmartwychwstania" - pomyślałam, ale jak się później okazało, co dla jednych jest błogosławieństwem, dla innych przekleństwem. 

Pogrzeb odbył się w czwartek rano, kiedy z pogrzebu wróciła najbliższa rodzina wuja, znalazła w mieszkaniu jego zmarłą siostrę. Od razu, co z resztą przewidziałam, dowiedziałam się, że wuj zabrał ją do siebie bo leżał w niedzielę

Wiara mojej rodziny w leżenie w niedzielę nie dziwi mnie, mogliby z zapałem opowiedzieć kilanaście historii jak to ten i tamten leżał i zabrał ze sobą tego i tamtego.

Kiedy jechaliśmy modlić się do kaplicy za duszę zmarłej, tłumaczyłam całą drogę mojej babci, że wiara w takie brednie jest zbabobonem i to Bóg jedynie decyduje o ludzkim życiu i śmierci. "Ale coś w tym jest" skwitowała babcia i wiedziałam że dalsza dyskusja jest zbyteczna. 

Ale absurd miał się dopiero objawić. 

Rodzina szybko załatwiła wszelkie formalności i pogrzeb ustalono na sobotę. Skąd ten pośpiech, nie trudno się domyślić - nie może leżeć w niedzielę, bo znów kogoś z rodziny zabierze, a przecież nie można do tego dopuścić, jeśli jest sposób żeby temu zapobiec, trzeba go wykorzystać, dość już tych pogrzebów, przecież...

Jednej rzeczy w tym wszystkim nie mogę zrozumieć i chyba nigdy mi się to nie uda, jak katolik, człowiek który jedzie modlić się za zmarłych do kaplicy pogrzebowej, człowiek który jak najbardziej chce katolickiego pogrzebu z mszą w kościele, potrafi połączyć to z wiarą w zabobony. Jak można wyznawać wiarę w Boga, wierzyć i świętować Zmartwychwstanie i jednocześnie oddawać się bałwochwalstwu!

Uwaga poboczna: Wnukiem zmarłego i bratankiem zmarłej, zarazem moim kuzynem, jest ksiądz franciszkanin, odprawiał obie msze w intencji tych dwóch dusz, które już połączyły się z Panem, czy on nie mógł zapobiec temu cyrkowi... albo wytłumaczyć jakoś... nie piszę tego z pretensją, żal tylko... 

Wednesday, April 08, 2009

Masakra piłą kątową

czyli jest wiosennie

Postanowiłam, że w tym roku zupełnie poświęcę się świętowaniu Triduum Paschalnego. W piątek umyłam okna, w sobotę doprowadziłam mieszkanie do czystości. W poniedziałek delektowałam się czystym mieszkaniem i planowałam zakupy na środę. Pięknie, bez nerwów, wszystko na czas, nic mnie nie goni, niczego nie muszę robić po nocach w stresie, że nie zdążę przed Wielką Sobotą. 

We wtorek oddałam się lekturze Pisma Św. - opracowałam sobie własny system czytania rocznego, bardzo prosty, ale jak na moje predyspozycje bardzo wygodny. Nie mogło być lepiej. Ale przecież, jeśli człowiek stwierdza, że nie może być lepiej, musi się popsuć. We wtorek zadzwoniła pani z meblowego, że wcześniej (bo już jutro, a nie jak było umówione po świętach) przyjdą zamontować mi szafę. Trochę się zirytowałam, bo musiałam odłożyć plany z zakupami, ale nic to. Oczywiście przedpokój jest nie dokończony, a jeśli szafa ma być zamontowana, to nie można i przedpokoju zostawić na "po świętach". Zawołałam brata i ten się zabrał za kończenie prac. Rozpoczął od rozniesienia po mieszkaniu wiórów po cięciu paneli. Przeżyję, pomyślałam, podłogę można umyć, dywan odkurzyć a meble wytrzeć. 

O wiele ciekawszą rozrywką było przycinanie paneli już położonych, piłą kątową, która tnąc paliła panele, dym roznosił się po całym mieszkaniu a ściany wyglądały jak po pożarze. 

W wyniku tego moja praca - mycie okien i sprzątanie, mogę włożyć między bajki, a że już jutro Wielki Czwartek, świętowanie Triduum również. 

Wszystko to jeszcze nie jest takie najgorsze, tylko sądząc po wyglądzie mojego nowo urządzonego przedpokoju, śmiem twierdzić, że prace do świąt nie mają szans być zakończone, nic to jednak zawsze można zamknąć drzwi albo iść na spacer. 

Wednesday, March 18, 2009

niska sktuteczność

Moje ostatnie działania przypominają strzelanie ślepakami. Gdzie nie uderzysz tam pudło. Chciałam zapisać się na rekolekcje, ale wszystkie dostępne nie satysfakcjonują mnie. Z resztą na większość w naszej diecezji nie ma już miejsc, więc problem jakby eliminuje się sam.

Basia milczy i okazało się, jak już przełamałam moją wszechpotężną awersję do rozmów telefonicznych i odkryłam że przez telefon można szybciej i dokładniej, że nagle ci po drugiej stronie nie mają upodobania w odbieraniu.  GG jest równie mało skuteczny.

Pan z DKSu mówi do mnie trudnym językiem, albo ja do niego, tego jeszcze ostatecznie nie ustaliłam, tak czy inaczej opornie nam idzie porozumiewanie się, wolałabym to jednak zwalić na niedoskonałość przekazu za pośrednictwem poczty elektronicznej. 

Normalnie bym się wściekła, ale teraz mam jakieś wyjątkowo łagodne usposobienie i wyrozumiałość dla innych ludzi. To chyba efekt czytania Valtorty. I dobrze, bo ostatecznie moje wrogie nastawienie szkodzi tylko mnie i ewentualnie tym domowym ofiarom, które są czasem pod ręką. 

Czytam Pismo św. Tym razem zaczęłam od końca, stwierdziwszy, że przy moim zapale któryś raz z kolei zatrzymam się na Księdze Kronik nie dając sobie szansy na poznanie dalszej części.

dopisek późniejszy: wykopałam tego posta gdzieś z otchłani zasobów internetowych, pozostawiam  go więc w postaci niedokończonej

Monday, March 09, 2009

Nadszedł czas zmian w moim życiu. Pierwszą z nich jest zrezygnowanie z pracy. Tak zrobiłam to - dałam wypowiedzenie, sama się dziwię, że poszło to tak szybko i bezboleśnie. Trochę mi żal, bo zżyłam się z tymi ludkami, z tymi problemami, z tym miejscem, no i ciągle mam wrażenie, że nie wykorzystałam tego potencjału z jakim przyszłam. No cóż, nie docenili mnie ;P Bez względu jednak na odczucia, decyzja została podjęta i nie mam zamiaru oglądać się za siebie, choćby nie wiem jak mnie kusiło. Na szczęście Pan Bóg już od kilku dni daje mi codziennie nowe  zadania, które są tak zintensyfikowane, że nie mam czasu rozmyślać i rozczulać się nad starymi.  Ludzie w pracy pytają mnie o powód odejścia. Nie pakuję się w specjalne tłumaczenia, ale prawda jest taka, że zrezygnowałam z pracy, bo chcę służyć "sprawie". Wiem, że taka postawa wzbudza u jednych niedowierzanie ("Kręcisz, nie lubisz nas, nie podoba ci się tu") u innych litość (co za idiotka, rezygnuje z pracy zarobkowej, żeby służyć w jakimśtam ruchu i nie mieć z tego kasy). Moja mama powiedziałaby mi, że jestem lekkomyślna i pracować mi się nie chce.

Hmm... nie powiem utrata tych marnych kilkuset złotych jest jakimś minusem, ale wierzę, że Pan Bóg ma dla mnie plan, którego realizacja jest ważniejsza ponad wszystko inne - temat kwestii finansowej i podejmowania innej pracy, zostawię sobie na kiedy indziej.

Pierwszym krokiem do zmiany, było przyjęcie błogosławieństwa do Diakonii. Przeżyłam je z większym przejęciem, niż się spodziewałam, choć bardzo się starałam nie dawać upustu tym wszystkim emocjonalnym dyrdymałom.

Później było spotkanie z naszym proboszczem. Dość nieoczekiwanie i już prawie pod sam koniec naszej wspólnej herbatki, otworzył się zupełnie, a jego szczerość nas powaliła. Dowiedzieliśmy się o różnych problemach z jakimi się boryka jako człowiek, kapłan i przewodnik ludu parafialnego. Przejęliśmy się i zapewniliśmy o naszej pomocy zarówno modlitewnej jak i takiej konkretnej wyrażonej czynem. Podzieliliśmy się również naszymi spostrzeżeniami, tym co chcielibyśmy zrobić i do czego pod względem duchowym i formacyjnym jesteśmy przygotowani - powiedział, że możemy działać, mamy jego błogosławieństwo. Chyba w tym momencie doceniłam, jakie to wielkie szczęście dla wszelkich grup działających przy parafii i ludzi koordynujących ich prace, jeśli mają za sobą proboszcza, który nie tylko zezwala, ale i sprzyja, pomaga i nawet jest pewnego rodzaju oparciem. Chwała Panu!

Jeszcze nie zdążyłam poukładać w głowie tego, co tutaj w parafii na nas czeka, a już znaleźliśmy się na spotkaniu Stowarzyszenia. Spotkanie było krótkie, ale treściwe. Przede mną dwa nowe zadania. Jedno w bardzo krótkim czasie, a wymaga nieco przygotowania. 

Wiem, że to wszystko będzie wymagało ode mnie nowej mobilizacji i jeszcze większego zaangażowania, ciągłego pozbywania się lenistwa, które ciągle nade mną ma panowanie. Brzmi mi jednak ciągle fragment księgi Izajasza 6,8 "I usłyszałem głos Pana mówiącego: 
«Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?» Odpowiedziałem: «Oto ja, poślij mnie!»"

Saturday, November 29, 2008

stosunki międzyludzkie

Mieliśmy z nimi nienajlepsze stosunki.  Można powiedzieć, że utrzymywane w tonie poprawności towarzyskiej na zewnątrz, a gdzieś wewnątrz podszyte pretensjami, rywalizacją, wzajemnym krytykowaniem. Spotykaliśmy się od wielkich świąt i udawaliśmy wtedy, że przecież bardzo się lubimy, ale liczne obowiązki nie pozwalają nam spotykać się częściej.

Nagle, pewnego pięknego wieczoru, przy urodzinowym stole, coś się odmieniło.

Zaprosiliśmy ich do nas, o dziwo przyszli! Zjedliśmy razem pizzę i posiedzieliśmy bardzo miło. O dziwo nie wyszli o dziewiętnastej. 

Zaprosili nas do siebie, o dziwo poszliśmy! Posiedzieliśmy bardzo miło . Dostałam od niej maść na moją bolącą rękę. Planowaliśmy wspólne wyjście do kina.

Co się stało...?

Czy nagła odmiana jest możliwa? Czy sytuacja, która ciągnęła się przez te wszystkie lata ciążyła już nam wszystkim na tyle, że z ulgą ją odmieniliśmy? A może to tylko chwilowe ocieplenie...?

Na ile jest możliwe i ile potrzeba wysiłku, aby pozbyć się tego bagażu złych relacji i zacząć od nowa? Czy w każdym z nas jest ta świadomość i chęć, żeby pozbyć się uprzedzeń i zaakceptować nawet te najgorsze potknięcia i budować więź dalej - bo przecież jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie znikną nasze stare cechy charakteru i to co nas do siebie zrażało, pewnie niejednokrotnie da o sobie znać. 

Warto jednak podjąć ten wysiłek, wysiłek powstrzymania się od: na samym początku złośliwych myśli, potem od lenistwa, a na samym końcu oceniania wzajemnego i krytykowania...

Friday, November 07, 2008

to be strong

Powiedzenie "co mnie nie zabije, to mnie umocni" z pewnością zawiera w sobie dużo prawdy, jednakże ta prawda spełnia się w moim przypadku niezwykle oprnie. 

Przez 2 miesiące toczyłam ze sobą wewnętrzny bój. Walka ze swoimi odczuciami dotyczącymi pracy, dotyczącymi wykorzystania czasu, poświęcenia dzieciom, wreszcie nieustanne pytania o sens tego co robię. To nieustanne pragnienie odkrycia i jasnego sformułowania odpowiedzi na dwa pytania "czy" i "po co" nękały mnie  i wprowadzały w naprzemienne stany od entuzjazmu do zupełnego przygnębienia.

Była to też próba (z której wyniku chyba mogę się cieszyć) pełnej ufności Bogu oraz próba cierpliwości.  Bo przecież gdzieś w tym wszystkim musi być jakiś sens, jakiś Boży plan. Śmieją się ludzie, że oazowicze wszystko rozpatrują w kategorii "co Bóg chce mi przez to powiedzieć", ale przecież wierzymy, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że wszystko ma swój sens i wszystko służy czemuś i choć nie znamy tego czegoś, wierzymy, że Bóg zna i kiedy zechce nam objawi. 

Nieprzypadkowe pewnie jest i to, że spotkałam się w tym miejscu i z tymi ludźmi, że takie a nie inne były okoliczności mojego pojawienia się tam. Nie opuszcza mnie również przekonanie, że to przecież jeszcze nie koniec drogi, że nie mogę i nie zostanę w tym miejscu, w którym teraz jestem. No i na tym etapie pozostaje pytanie "co będzie dalej?"

Dziś ta, do niedawna, jasno naświetlona przyszłość lega gdzieś w gruzach. Bieg wydarzeń się niespodziewanie zmienia, niepewność jest jeszcze większa, ale zmienia się też mój stosunek do wszystkiego. Wydarzenia toczą się za szybko. Ludzie, którzy mieli być nadzieją, odchodzą - to tak jak duży krok wstecz. Coś, co do tej pory mnie naprzemniennie przygnębiało i cieszyło, stało się kolejnym wyzwaniem. Mam wrażenie, że znajduję się w punkcie, z którego już nie ma odwrotu a iść dalej też nie można, bo nie wiadomo gdzie. 

Tamci odchodzą a ja pozostaję gdzieś w tyle. Jest chyba... smutno i pozostaje tylko ta wiara w Boży plan, wiara w to, że to przecież nie koniec, że nie, ja nie mogę się zatrzymać w jednym miejscu, nigdy się nie zatrzymuję, zatrzymanie to wegetacja, a ja nie lubię wegetować, ja muszę żyć - żyć szybko, stanie w miejscu to cofanie się, dlatego nie wierzę, że tak się to skończy. Ufam i czekam - to jakby hasło przewodnie dla mnie na dziś, Bóg mnie nie zostawi w tym miejscu, tylko jak długo będę musiała czekać i w którą stronę pójdę? To pytanie chyba bardzo mnie mobilizuje. Nie potrafię być silna, ale nie potrafię też być słaba.

Thursday, October 30, 2008

ileś powodów niezadowolenia

siwa czekolada na batoniku

grudki w kisielu

za ciepło na zimową kurtkę

ból oczu

ból głowy

godzina 23.05

niewyprane pranie

Wiesiek nie dzwoni

Wiesiek nie odbiera

płyta dopiero 3 grudnia

uparte omijanie modlitwy

uparte omijanie Pisma św.

CHF za drogi

Gosia na L4

Iza do zwolnienia

Jola na inną zmianę

proboszcz chory

dywan nierozwinięty

parówki się zepsuły

uczulenie nie wiadomo na co

brak rozmiaru upatrzonych butów

Tuesday, October 28, 2008

rzut myślą

Facet od zarządzania wywiesił tablicę z wynikami – chyba czyta mi w myślach, bo po tym jak podał stek dziwnych liczb, które nazwał stratami, sporządził solidną informację i zamieścił przychody oraz straty poszczególnych działów i ich wielkość wyrażoną w procentach – to już coś
strat ogółem było przeszło 6%, co przy dopuszczalnej wartości 2, jest wynikiem nieco zatrważającym, jednakże zważając, na fakt iż część strat jest wynikiem zamierzchłych zaniedbań, pozostaje mieć nadzieję, że wynik za listopad będzie znacznie lepszy

Izabela od 1 listopada otrzyma papier, który się nazywa „wypowiedzenie umowy o pracę”, poza kierownictwem, jako jedyna zostałam obdarzona tę wielką tajemnicą, mam nadzieję, że Izabela nie czyta mojego bloga :P 
Szkoda, bo jej pomysły były najciekawszą rozrywką, ale przecież praca to nie jest zabawa...
a jednak szkoda mi tej dziewuchy, choć na nerwy to już i mnie działała

Niespodziewanie odzyskałam zdolność odczuwania na wyższym poziomie, to dobrze, bo wyjałowienie duchowe mnie uwstecznia. Zdolność odczuwania na wyższym poziomie objawia się u mnie zbyt szybką wymianą odczuć, ale również dziwnym podekscytowaniem. Zbyt szybka wymiana odczuć i myśli, odblokowuje u mnie inne czynności, które dzieją się zbyt szybko, ale nadążam i wiem, że to jest odpowiednie tempo. 

Wednesday, September 17, 2008

2 dzień w pracy

Iść do pracy z kaprysu, to dopiero jest pomysł. Zawsze można się pocieszać, że cokolwiek będzie, nie trzeba się przejmować. Ostatecznie można się zwolnić, albo sami cię zwolnią.
Wczoraj kierowniczce się nie zapodobało, że wyszłam do WC. Dziś już było znacznie lepiej. Nawet pan główny kierownik bardzo entuzjastycznie mnie przywitał. Oby mu entuzjazmu nie zabrakło, bo z moim na razie średnio, a podobno jest zachwycony moją osobą, no więc... ;)
Podobno żadna praca nie hańbi, ale nie da się ukryć, że są lepsze i gorsze. Chyba już ten 2 dzień w pracy przekonał mnie, że jednak ta jest z serii tych gorszych, choć pewnie jest jeszcze gorsza kategoria, co mnie tam jakoś pociesza.
Pewnie ta moja kariera nie potrwa za długo, ale zawsze to jakieś doświadczenie. Chyba, że zaproponują mi lepsze stanowisko ;)

Tuesday, August 26, 2008

czym człowiek starszy tym tchórzliwszy


oglądałam niedawno show Koterskiego, w którym to próbował skoczyć z dachu, śmiałam się, że niby taki daszek i że co tam...
no nic, jak mawia przysłowie "nie śmiej się dziadku..."
pojechaliśmy do wesołego miasteczka, stanęliśmy pod karuzelą o wdzięcznej nazwie "Balerina" i podziwialiśmy jak inni sobie jeżdżą
ale co tam inni, przecież sami pojedziemy, namówiłam szybko dzieci, dodałam otuchy, że przecież nic tam, taka karuzela, nie ma się czego bać przecież, całkiem spokojna jest
ledwo "Balerina" ruszyła byliśmy wszyscy posrani ze strachu - jak to w swoim show określił Koterski, a mama najbardziej
ale jak to powiadają, trzeba oddychać głęboko i zrobić dobrą minę do złej gry więc nie pozostało mi nic innego jak pocieszać chłopców, gadać od rzeczy, żeby nie myśleli o śmierci w oczach i czekać na szczęśliwy koniec

na rollercoasterze już się nie odważyłam jechać, choć kusiło mnie bardzo
jaki z tego morał?
czym człowiek starszy tym większa sieczka się z niego robi
kiedy to ja się miała w zwyczaju bać byle karuzeli, wysokości i innych zagrożeń - czym większe, szybsze i bardziej pomylone, tym było lepsze
czym człowiek starszy... eh szkoda gadać...



Friday, May 16, 2008

ale o co chodzi z tą jednością?

"Myślę o tym, co każdy z was mówi: «Ja jestem Pawła, a ja Apollosa8; ja jestem Kefasa8, a ja Chrystusa»"
 1 Kor 1,12


Po ostatnim spotkaniu kręgu i rozmowie na temat wizji Ruchu, przypomniał mi się ten fragment Listu do Koryntian, w którym św. Paweł napomina uczniów aby nie toczyli z sobą sporów o przynależność do, że tak powiem, "nurtu" Kościoła.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, wśród nas też powstał spór o właściwe rozumienie naszej działalności. Ale o ile każdy ma swoją drogę i czas na odkrywanie i wypełnianie swojego powołania, przeraziło mnie zupełnie co innego. 
Odniosłam wrażenie, że nie dostrzega się dziś zupełnie ani starań dążenia do jedności, ani nawet samej potrzeby jedności na wszystkich płaszczyznach Ruchu, a to co mówią ludzie "z góry" jest zupełną abstrakcją. 
Wreszcie uznałam, że mówimy różnymi językami i chyba nie jesteśmy w stanie się porozumieć.
Na zakończenie tej żywej dysputy, dano mi do zrozumienia, że nadgorliwość, robienie rewolucji i burzenie ustalonego porządku, jest działaniem szaleńca.

Podobnie do apostolskiego sporu z Listu do Koryntian, na tym spotkaniu powstał spór, u którego moderatora się formować i który ma tę słuszną wizję.
Szkoda tylko, że podobnie jak apostołowie, nie zrozumieli, że należą do jednego Kościoła, do jednego Pana, tak my nie zauważyliśmy, że te wszystkie wizje, są tą samą wizją, są wizją tego samego Ruchu.

A dziś pani A. powiedziała mi, że spotkanie kręgu działa na mnie "prowokująco"
Taaak, coś w tym musi być :P
Nic to jednak, Jutro dalszy ciąg działań szaleńca