Thursday, December 31, 2009

Na koniec roku


Nic cię tak nie zdołuje, jak twój własny proboszcz...

...i jego przemówienie na koniec roku.

Co było w nim nie tak? Na pozór nic, a jednak pozostawiło po sobie jakiś wyrzut. Wyrzut własnego sumienia, że przecież dało się więcej zrobić. Wystarczyło tylko trochę więcej konsekwencji, trochę mniej lenistwa, więcej determinacji. Można było zrobić więcej, ale nie zrobiłam i co mi pozostaje na koniec roku? Dyskomfort po przemówieniu proboszcza, wyrzuty sumienia... pozostaje pytanie "co dalej?" "od czego znów zacząć?" 

Nie lubię postanowień noworocznych, bo one nigdy nie wychodzą, ale mimo to nowy rok zawsze jest okazją żeby dać z siebie więcej, dać drugiemu człowiekowi, oddać cząstkę siebie, oddać trochę miłości, poświęcić się nieco... tego sobie życzę. Zdrowie! :P (kompotem z truskawek)

Monday, November 30, 2009

Podwójna osobowość?

Czy posiadanie podwójnej osobowości to kwestia, która dotyczy każdego?

Dlaczego potrafimy swobodnie porozumiewać się za pomocą maili, sms-ów, kartek, a kiedy przychodzi nam stanąć twarzą w twarz, zachowujemy się jakby ci z maili, sms-ów i kartek byli zupełnie kimś innym, jakbyśmy nie mieli z nimi nic wspólnego?

Którzy są zatem autentyczni?

Wczoraj wczesnym rankiem dostałam sms-a od ks.G z życzeniami dobrego przeżycia adwentu.

Ten przejaw pamięci i troski ze strony mojego duszpasterza, wzruszył mnie. 

Dziś rano zadzwoniłam do niego w zupełnie innej sprawie, a ponieważ nie odebrał, napisałam sms-a. Otrzymałam odpowiedź miłą i dowcipną. W chwilę później, dosłownie za pół minuty, spotkaliśmy się i wymieniliśmy 2 oschłe słowa, które wzbudziły we mnie niesmak. Ten, którego spotkałam to nie ten sam, którego wiadomość przed chwilą widniała na ekraniku mojej komórki.

Co się stało w przeciągu pół minuty? Zepsuł mu się humor, jak schodził po schodach?

A może ze mną jest tak samo? Może ja też w kontakcie bezpośrednim, staję się kimś innym?

Takich sytuacji jest tysiące, uczestniczę w nich codziennie, a ich bohaterami są różne osoby. 

Może po każdym takim spotkaniu, które wywołuje pewnego rodzaju dyskomfort i ja i mój rozmówca zastanawiamy się dokładnie nad tym samym: "Co się stało z człowiekiem z sms-a?"

Czy to jakieś bliżej nieokreślone normy społeczne, stres, strach przed zbytnim spoufalaniem, nieumiejętność prowadzenia rozmowy, czy cokolwiek innego, sprawia w człowieku tę przykrą przemianę?

Zastanawiam się nie raz, czy człowiek nie czułby się o wiele szczęśliwszy, swobodniejszy, mniej zestresowany, gdyby potrafił wyzwolić się chociaż z części tych niezrozumiałych konwenansów. Może odrzucenie pozy jest tak bardzo trudne, że aż niewykonalne, a może jest zupełnie odwrotnie... może to na co pozwalamy sobie w świecie wirtualnym, jest przekroczeniem granicy, na które w bezpośrednim kontakcie pozwolić sobie nie wolno. A później dla rekompensaty nadmiernej wylewności, stajemy się nadmiernie oschli.

Może właśnie dziś, ponad wszystko, trzeba trzymać styl i formę? ;)

Thursday, July 23, 2009

sny

nad specyfiką snów zastanawiał się już niejeden, czy są one odbiciem rzeczywistości?, odreagowaniem wydarzeń dnia?, rozładowaniem przemęczonej psychiki?, ujściem pragnień?, dojściem do głosu niezrealizowanych zamierzeń?, krzykiem nieosiągalnych marzeń?... a może wszystkim po kolei? 

śnią mi się ostatnio dziwne rzeczy: a to ciotka została uduszona, to znów szwagier wyskoczył z okna, innym razem nie zdążyłam na końcowy egzamin w szkole, dziś Wiesiek łaził po bagnach i uciekał przed wariatem

ale przecież,mimo tragizmu, sny nie były ani tragiczne, ani przerażające, to nie te z których człowiek budzi się spocony

każdy sen ma swoje drugie dno, wątek ukryty (dla niewtajemniczonych), ale ważniejszy niż cała fabuła, wątek który nadaje mu charakter

i moje mają, można powiedzieć nawet ten sam mają, a jeśli nie ten sam do końca, to o tej samej tematyce

tematyka mnie nie dziwi, choć dziwne jest, że wciąż ona się u mnie powtarza skoro dotyczy dawnych dziejów i osób z którymi nie mam absolutnie nic do czynienia 

dziwi mnie fabuła, barwna,szybka i zmieniająca się akcja i osoby biorące w niej udział - skąd się biorą morderstwa i samobójstwa, skąd mosty i wieżowce, windy i parki, bagna i lasy, kościoły i festyny, fabryki i szkoły, autostrady i peryferia jakichś dziwnych miast

skąd to się wszystko bierze?

Thursday, May 21, 2009

nowa znajomość ;)

Poznałam dziś bardzo miłego psa, właścicielkę znałam już wcześniej. Pies kulturalny i dobrze wychowany. Przywitał się na początek i choć, jak to pies, obszczekał mnie przy tym, to z wielkim wdziękiem się obok przechadzał licząc, że odwzajemnie jego dobre zachowanie odrobiną pieszczot. 

I choć w zasadzie, nie jestem wielkim miłośnikiem zwierząt, a jedyną moją chodowlę stanowiły 3 chomiki, z których dwa zdechły po tygodniu, a trzeci jakimś cudem się trzyma (a były jeszcze rybki, które też wykończyłam), pies bardzo mi się spodobał. 

I nikt nie zaprzeczy, że coś w tym jest - jaki właściciel, taki pies. 

(czy nie czujesz, że rymujesz :P)

Thursday, May 14, 2009

2 tygodnie z życia rodziny dziecka komunijnego


Jeszcze nigdy tak bardzo nie byłam zmęczona przygotowaniami do uroczystości komunijnej, a to już trzecia, którą przygotowywaliśmy - starzeję się czy cóś...

Był to jednak czas intensywnych przygotowań nie tylko tych zewnętrznych, ale przede wszystkim duchowych. Z całą pewnością się starzeję, a może to specjalne działanie Ducha św. w tej parafii to sprawiło, że wszystko jakoś bardziej przeżywałam, niż do tej pory. 

Niezliczone próby w kościele i na lekcjach religii, choć mnie na przemian nudziły i denerwowały, miały jednak w sobie jakiś niepowtarzalny urok, jakiś wyraz przynależności do wspólnoty parafialnej, jakąś nastrajającą moc. 

Potem spowiedź... i czy to przypadek, że od czasu, kiedy w 2006 roku pozbyłam się najlepszego spowiednika, jakiego miałam, oto przed I Komunią Emilki, pojawia się ksiądz, którego słowa znów do mnie trafiają tak bardzo jak nigdy, które wyprzedzają moje zapędy i zachowania, które interpetują błąd mojego myślenia i działania. 

Dziwiłam się zawsze ludziom mającym wstręt do spowiedzi i strach przed nią. Mnie zawsze zadziwia to niesamowite działanie Ducha św., kiedy to modląc się do Niego o dobrą spowiedź oraz za samego spowiednika, chwilę później z jego ust padają słowa, które są dokładną interpretacją tego co siedzi gdzieś we mnie i jest źródłem grzechu, a także przedstawia te czynniki mojego zachowania, które się jeszcze do tej pory nie objawiły, więc spowiednik wybiega daleko w przyszłość, kierując moje myśli i pracę nad sobą w te rejony, w których ja sama nie dostrzegam błędu. To niesamowite działanie Ducha św. zawsze mnie zadziwia i zachwyca.

Jeśli ktoś twierdzi, że spowiedź jest wyszeptaniem księdzu grzechów, przykrym obowiązkiem, męczarnią, którą trzeba jak najszybciej zbyć, prawdopodobnie nie doświadczył tego cudownego działania Ducha, który kieruje słowami spowiednika ponad jego wiedzę o penitencie, a nawet ponad wiedzę penitenta o nim samym. Ta tajemnica Bożego działania wybiega daleko poza ludzkie możliwości odkrycia i odbywa się poza świadomością spowiednika i penitenta  co i kiedy i w jaki sposób odmienia duszę. 

Mogłabym pewnie dłużej o tym pisać.

Dzień I Komunii był wyjątkowy. Na to, że przeżywałam go bardziej niż poprzednie, niewątpliwie ma wpływ fakt, że bardziej niż z poprzednią, związana jestem z tą parafią. Podczas mszy, czytałam I czytanie. Zawsze, kiedy przygotowuję się do czytań, rozmyślam nad pasterką z bazyliki św. Piotra, podczas której lektorzy czytając, swoim spokojnym i dostojnym głosem, stwarzają niepowtarzalny nastrój, wprowadzający do wnikania w Słowo Boże. To czytanie z pasterki papieskiej, zawsze mobilizuje mnie do jeszcze lepszego przygotowania i wystąpienia - jeśli można to tak nazwać. Pewnie codzienne czytanie w kościele nie daje możliwości takiego przeczytania, ale ta uroczystość, była do tego odpowiednia. Starałam się najlepiej jak mogłam, efekt zobaczę na płycie i ocenię, czy pochwały były przesadzone ;)

Biały tydzień, w którym obecnie uczestniczymy pozwala pozostać w tym uroczystym nastroju, ale jest też takim czasem wyciszenia i odpoczynku po tej morderczej gonitwie w tygodniu poprzedzającym. 

Tuesday, April 21, 2009

Leżenie w niedzielę i inne ciekawostki

Niedawno w mojej rodzinie był pogrzeb. Zmarł wuj stary i schorowany. Zmarł w Wielką Sobotę w nocy. "Wspaniale, zmarł w noc Zmartwychwstania" - pomyślałam, ale jak się później okazało, co dla jednych jest błogosławieństwem, dla innych przekleństwem. 

Pogrzeb odbył się w czwartek rano, kiedy z pogrzebu wróciła najbliższa rodzina wuja, znalazła w mieszkaniu jego zmarłą siostrę. Od razu, co z resztą przewidziałam, dowiedziałam się, że wuj zabrał ją do siebie bo leżał w niedzielę

Wiara mojej rodziny w leżenie w niedzielę nie dziwi mnie, mogliby z zapałem opowiedzieć kilanaście historii jak to ten i tamten leżał i zabrał ze sobą tego i tamtego.

Kiedy jechaliśmy modlić się do kaplicy za duszę zmarłej, tłumaczyłam całą drogę mojej babci, że wiara w takie brednie jest zbabobonem i to Bóg jedynie decyduje o ludzkim życiu i śmierci. "Ale coś w tym jest" skwitowała babcia i wiedziałam że dalsza dyskusja jest zbyteczna. 

Ale absurd miał się dopiero objawić. 

Rodzina szybko załatwiła wszelkie formalności i pogrzeb ustalono na sobotę. Skąd ten pośpiech, nie trudno się domyślić - nie może leżeć w niedzielę, bo znów kogoś z rodziny zabierze, a przecież nie można do tego dopuścić, jeśli jest sposób żeby temu zapobiec, trzeba go wykorzystać, dość już tych pogrzebów, przecież...

Jednej rzeczy w tym wszystkim nie mogę zrozumieć i chyba nigdy mi się to nie uda, jak katolik, człowiek który jedzie modlić się za zmarłych do kaplicy pogrzebowej, człowiek który jak najbardziej chce katolickiego pogrzebu z mszą w kościele, potrafi połączyć to z wiarą w zabobony. Jak można wyznawać wiarę w Boga, wierzyć i świętować Zmartwychwstanie i jednocześnie oddawać się bałwochwalstwu!

Uwaga poboczna: Wnukiem zmarłego i bratankiem zmarłej, zarazem moim kuzynem, jest ksiądz franciszkanin, odprawiał obie msze w intencji tych dwóch dusz, które już połączyły się z Panem, czy on nie mógł zapobiec temu cyrkowi... albo wytłumaczyć jakoś... nie piszę tego z pretensją, żal tylko... 

Wednesday, April 08, 2009

Masakra piłą kątową

czyli jest wiosennie

Postanowiłam, że w tym roku zupełnie poświęcę się świętowaniu Triduum Paschalnego. W piątek umyłam okna, w sobotę doprowadziłam mieszkanie do czystości. W poniedziałek delektowałam się czystym mieszkaniem i planowałam zakupy na środę. Pięknie, bez nerwów, wszystko na czas, nic mnie nie goni, niczego nie muszę robić po nocach w stresie, że nie zdążę przed Wielką Sobotą. 

We wtorek oddałam się lekturze Pisma Św. - opracowałam sobie własny system czytania rocznego, bardzo prosty, ale jak na moje predyspozycje bardzo wygodny. Nie mogło być lepiej. Ale przecież, jeśli człowiek stwierdza, że nie może być lepiej, musi się popsuć. We wtorek zadzwoniła pani z meblowego, że wcześniej (bo już jutro, a nie jak było umówione po świętach) przyjdą zamontować mi szafę. Trochę się zirytowałam, bo musiałam odłożyć plany z zakupami, ale nic to. Oczywiście przedpokój jest nie dokończony, a jeśli szafa ma być zamontowana, to nie można i przedpokoju zostawić na "po świętach". Zawołałam brata i ten się zabrał za kończenie prac. Rozpoczął od rozniesienia po mieszkaniu wiórów po cięciu paneli. Przeżyję, pomyślałam, podłogę można umyć, dywan odkurzyć a meble wytrzeć. 

O wiele ciekawszą rozrywką było przycinanie paneli już położonych, piłą kątową, która tnąc paliła panele, dym roznosił się po całym mieszkaniu a ściany wyglądały jak po pożarze. 

W wyniku tego moja praca - mycie okien i sprzątanie, mogę włożyć między bajki, a że już jutro Wielki Czwartek, świętowanie Triduum również. 

Wszystko to jeszcze nie jest takie najgorsze, tylko sądząc po wyglądzie mojego nowo urządzonego przedpokoju, śmiem twierdzić, że prace do świąt nie mają szans być zakończone, nic to jednak zawsze można zamknąć drzwi albo iść na spacer. 

Wednesday, March 18, 2009

niska sktuteczność

Moje ostatnie działania przypominają strzelanie ślepakami. Gdzie nie uderzysz tam pudło. Chciałam zapisać się na rekolekcje, ale wszystkie dostępne nie satysfakcjonują mnie. Z resztą na większość w naszej diecezji nie ma już miejsc, więc problem jakby eliminuje się sam.

Basia milczy i okazało się, jak już przełamałam moją wszechpotężną awersję do rozmów telefonicznych i odkryłam że przez telefon można szybciej i dokładniej, że nagle ci po drugiej stronie nie mają upodobania w odbieraniu.  GG jest równie mało skuteczny.

Pan z DKSu mówi do mnie trudnym językiem, albo ja do niego, tego jeszcze ostatecznie nie ustaliłam, tak czy inaczej opornie nam idzie porozumiewanie się, wolałabym to jednak zwalić na niedoskonałość przekazu za pośrednictwem poczty elektronicznej. 

Normalnie bym się wściekła, ale teraz mam jakieś wyjątkowo łagodne usposobienie i wyrozumiałość dla innych ludzi. To chyba efekt czytania Valtorty. I dobrze, bo ostatecznie moje wrogie nastawienie szkodzi tylko mnie i ewentualnie tym domowym ofiarom, które są czasem pod ręką. 

Czytam Pismo św. Tym razem zaczęłam od końca, stwierdziwszy, że przy moim zapale któryś raz z kolei zatrzymam się na Księdze Kronik nie dając sobie szansy na poznanie dalszej części.

dopisek późniejszy: wykopałam tego posta gdzieś z otchłani zasobów internetowych, pozostawiam  go więc w postaci niedokończonej

Monday, March 09, 2009

Nadszedł czas zmian w moim życiu. Pierwszą z nich jest zrezygnowanie z pracy. Tak zrobiłam to - dałam wypowiedzenie, sama się dziwię, że poszło to tak szybko i bezboleśnie. Trochę mi żal, bo zżyłam się z tymi ludkami, z tymi problemami, z tym miejscem, no i ciągle mam wrażenie, że nie wykorzystałam tego potencjału z jakim przyszłam. No cóż, nie docenili mnie ;P Bez względu jednak na odczucia, decyzja została podjęta i nie mam zamiaru oglądać się za siebie, choćby nie wiem jak mnie kusiło. Na szczęście Pan Bóg już od kilku dni daje mi codziennie nowe  zadania, które są tak zintensyfikowane, że nie mam czasu rozmyślać i rozczulać się nad starymi.  Ludzie w pracy pytają mnie o powód odejścia. Nie pakuję się w specjalne tłumaczenia, ale prawda jest taka, że zrezygnowałam z pracy, bo chcę służyć "sprawie". Wiem, że taka postawa wzbudza u jednych niedowierzanie ("Kręcisz, nie lubisz nas, nie podoba ci się tu") u innych litość (co za idiotka, rezygnuje z pracy zarobkowej, żeby służyć w jakimśtam ruchu i nie mieć z tego kasy). Moja mama powiedziałaby mi, że jestem lekkomyślna i pracować mi się nie chce.

Hmm... nie powiem utrata tych marnych kilkuset złotych jest jakimś minusem, ale wierzę, że Pan Bóg ma dla mnie plan, którego realizacja jest ważniejsza ponad wszystko inne - temat kwestii finansowej i podejmowania innej pracy, zostawię sobie na kiedy indziej.

Pierwszym krokiem do zmiany, było przyjęcie błogosławieństwa do Diakonii. Przeżyłam je z większym przejęciem, niż się spodziewałam, choć bardzo się starałam nie dawać upustu tym wszystkim emocjonalnym dyrdymałom.

Później było spotkanie z naszym proboszczem. Dość nieoczekiwanie i już prawie pod sam koniec naszej wspólnej herbatki, otworzył się zupełnie, a jego szczerość nas powaliła. Dowiedzieliśmy się o różnych problemach z jakimi się boryka jako człowiek, kapłan i przewodnik ludu parafialnego. Przejęliśmy się i zapewniliśmy o naszej pomocy zarówno modlitewnej jak i takiej konkretnej wyrażonej czynem. Podzieliliśmy się również naszymi spostrzeżeniami, tym co chcielibyśmy zrobić i do czego pod względem duchowym i formacyjnym jesteśmy przygotowani - powiedział, że możemy działać, mamy jego błogosławieństwo. Chyba w tym momencie doceniłam, jakie to wielkie szczęście dla wszelkich grup działających przy parafii i ludzi koordynujących ich prace, jeśli mają za sobą proboszcza, który nie tylko zezwala, ale i sprzyja, pomaga i nawet jest pewnego rodzaju oparciem. Chwała Panu!

Jeszcze nie zdążyłam poukładać w głowie tego, co tutaj w parafii na nas czeka, a już znaleźliśmy się na spotkaniu Stowarzyszenia. Spotkanie było krótkie, ale treściwe. Przede mną dwa nowe zadania. Jedno w bardzo krótkim czasie, a wymaga nieco przygotowania. 

Wiem, że to wszystko będzie wymagało ode mnie nowej mobilizacji i jeszcze większego zaangażowania, ciągłego pozbywania się lenistwa, które ciągle nade mną ma panowanie. Brzmi mi jednak ciągle fragment księgi Izajasza 6,8 "I usłyszałem głos Pana mówiącego: 
«Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?» Odpowiedziałem: «Oto ja, poślij mnie!»"