W lutym byliśmy na rekolekcjach 5 - dniowych, te rekolekcje, kolejny element formacji, były jakby wstępem do naszego wylotu do Rzymu. Tam Bóg mnie ukształtował i jakby wyposażył duchowo, a także zdobyłam trochę wiedzy i uświadomiłam sobie pewne sprawy, o których do tej pory nie myślałam.
18 marca polecieliśmy do Rzymu. Podróż linią Wizzair była niesamowita. Trochę miałam obawy, co do lotu, no i co do własnych reakcji, a nuż nami zatrzęsie czy cokolwiek i wpadnę w panikę...
Nic takiego się nie wydarzyło, choć tamtą stronę spędziłam w lekkim napięcu, było spokojnie. W drodze powrotnej było już zupełnie dobrze, nawet nie wzruszyły mnie szczególnie turbulencje. Z resztą czas nam szybko minął, bo zajęliśmy się rozmową z przmiłą siostrą kamilianką.
W Rzymie tempo było zawrotne i choć właściwe spotkania rekolekcyjne trwały od 18 - 21, to resztę dnia wypełniały nam inne zajęcia, które w równym stopniu pochłaniały naszą energię. Dużo chodziliśmy pieszo i to nie spacerkiem. Mimo, iż wieczorami padałam na twarz, każdy dzień przynosił coś nowego, ciekawego, pięknego. Staraliśmy się poświęcać jak najwięcej czasu ludziom, do których pojechaliśmy. Ogarniać ich modlitwą, zwłaszcza tych, którzy borykają się z trudnymi i bolesnymi problemami, a także poświęcać czas na rozmowę i budowanie wspólnoty, co jest na pewno potrzebne, patrząc na frekwencję w kościele i na spotkaniu w salkach.
Ludzie byli wdzięczni za te rekolekcje i ten czas, który mogli z nami spędzić. Wyrażali to na różny sposób: chcieli się z nami wymieniać danymi kontaktowymi, obiecywali kartki na święta, obdarowywali nas drobnymi upominkami i obiecywali modlitwę.
Mam nadzieję, że powstanie w tym kościele wspólnota oazowa i że my będziemy mogli jeszcze kiedyś tam polecieć, zobaczyć tych wszystkich ludzi i te miejsca.
No comments:
Post a Comment